PUBLICYSTYKAPOLACY NIEZŁOMNI

Z cyklu: POLACY NIEZŁOMNI – Andrzej Wilczkowski

W tych „informatyczno-elektronicznych“ czasach nie jest modne szperanie po bibliotekach, przecież można w wygodnym fotelu zasiąść przy komputerze, pachnąca kawa pod ręką…klik, klik i – już mamy wszystko na temat np. p. Andrzeja Wilczkowskiego! Tak więc i ja, ułatwię sobie zbieranie jego życiorysu, jest w internecie tak: „…ur. w 1931 r. w Warszawie, polski taternik i alpinista, kierownik wypraw górskich m.in. w Hindukusz i góry Etiopii, autor opowiadań i książek o tematyce alpinistycznej. Z wykształcenia inżynier mechaniki Politechniki Łódzkiej, specjalista w dziedzinie silników spalinowych, wynalazca: autor pięciu patentów w tej dziedzinie. Działacz NSZZ Solidarność. Z zamiłowania historyk./…/”

Takie streszczenie całego bogatego życia wyjątkowego Polaka, patrioty, marzyciela, inżyniera i pisarza jednocześnie, ot, kilka zdań. Mało, bardzo mało. A przecież napisał jeszcze z wielkim mozołem drobiazgowej dokumentacji historycznej książki historyczno-patriotyczne.

I jeszcze notka, cytat ze Stowarzyszenia Wolnego Słowa: “…Członek redakcji czasopisma literackiego NSZZ Solidarność „Słowo Obecności” – W 81ukazały się dwa numery.Współzałożyciel, członek redakcji i publicysta czasopisma „Prześwit”(82). Pseudonimy: W.Szary i K.T.Barnak.

Autor wielu publikacji w prasie podziemnej oraz polonijnej (Orzeł Biały, Znad Wilii).W okresie strajków studenckich 81 uczestniczył w wiecach studenckich jako mówca..W stanie wojennym współorganizator imprez patriotycznych w kościele ojców jezuitów, z udziałem aktorów, m.in. Mirosławy Marcheluk.Od 83 członek Społecznego Komitetu Pamięci Józefa Piłsudskiego.Koordynator prac przy Tablicy Niepodległości na kościele Jezuitów (88) i napisu na Domu – Pomniku Józefa Piłsudskiego (92)

W latach 80-89 członek grupy zakładającej i reaktywującej NSZZ Solidarność w PŁ.W latach 1989/90 stypendysta Instytutu im. Józefa Piłsudskiego w Nowym Jorku – studiował uzbrojenie armii II Rzeczypospolitej.Od 91 na emeryturze), od 2000 wykładowca studiów podyplomowych w Politechnice Szczecińskiej./…/”

    Widać z tych lakonicznie zapisanych faktów, jak bardzo był to pracowity człowiek, szedł tam, gdzie tylko widział możliwość pracy dla Polski, dla budowania jej wolności, cegiełka po cegiełce. Nie zrażał się tym, że np. z pisania artykułów do prasy podziemnej, a więc o nie milionowej liczbie odbiorców, do tego pod pseudonimami, nie przyniesie mu sławy ani wyróżnień…nie zrażał się tym, że patriotyczne przedstawienia w parafialnym kościele to wielki trud organizacji, a nie zarobi na tym ani grosza, przeciwnie, dołoży swoich skromnych zarobków, a co to takiego, organizowanie wmurowania kolejnej tablicy na “jakimś” domu w Łodzi, nie było przy tym mediów, szaro, skromnie, ale…on widział w tym kolejny mocny krok dla Polski. Dla odzyskiwania tożsamości narodowej, godności obywatelskiej, myślenia na rzecz dobra wspólnego. On to widział.

Ale dla nas, tam w górach, na legendarnej werandzie schroniska w Morskim Oku w Tatrach, Andrzej był kimś jeszcze ważniejszym, niż utytułowany professor, dobry wspinacz. On tam był niezłomnym autorytetem moralnym, etykiem naszego środowiska, wspinaczy ostro rywalizujących między sobą, zdobywających najtrudniejsze ściany Tatr, w lecie, w zimie, nowymi drogami, czesto i za cenę życia…w rywalizacji i w ekstremalnym sporcie łatwo o zatracanie równowagi moralnej, o stosowanie nieetycznych chwytów, Andrzej przywracał nam tę równowagę, pouczał, wychowywał, dawał wzór. Nie bił się o sukces za wszelką cenę, kosztem bezpieczeństwa partnera z liny, kosztem swojej wygody… Taki był, także wtedy, gdy zelżały rygory komunistycznej PRL i sportowym grupom, więc i wyprawom w gory wysokie, łatwiej było organizować wyprawy w lodowcowe gory, najwyższe, jak Hindukusz, Himalaje, też Alpy, Kaukaz, Pamir…albo gory Afryki. Organizacja takich wypraw, to był swoisty bój z realiami komuny, kompletowanie marnego sprzętu, bo innego nie było, a więc szycie plecaków, kurtek, ubiorów, zdobywanie żywności, leków…walka o paszporty, którymi SB grało z uczestnikami wypraw, niektórych też łamiąc I zdobywając ich współpracę. Trzeba było być kimś, aby to wszystko pokonać, a potem poprowadzić grupę wspinaczy w lodowcowych, nieznanych, niezdobytych górach !

Andrzej opisał wyprawy, które zorganizował i nimi pokierował, ale przez pryzmat ludzi biorących w nich udział. Każde zdanie w jego górskich książkach, to konsekwencja jego osobowości, ale i konsekwencja wyznawanego przez niego świata wartości zgodnych z dekalogiem. Nie zapisał się do PZPR, choć wiele więcej by zarabiał, a jego książki miałyby wielkie nakłady, a on sam sławę…tylko w tych książkach musiałaby się znaleźć sprzeczność narzucanej przez PZPR hipokryzji wartości, a na to nigdy Andrzej nie poszedłby, dla poklasku, dla “kasy”, jak teraz takie to niemal powszechne, akceptowane…

Andrzej jest do dzisiaj niezłomny w wyznawanym balansie etycznym, balansie zła i dobra, zawsze to świetnie dostrzegał, był i nadal jest dla nas wzorem jakim, kim być w górach, a więc we wszelkich trudnych sytuacjach, nie tylko tak ekstremalnych jak tam, w lodzie i w śniegu, w pionowej ścianie, ale tu, na nizinach – jak być kimś wobec Polski, aby stać się prawdziwie KIMŚ!

Andrzej dziś zmaga się z dolegliwościami starości, nie widzi, nie pisze już…

Rozmawialiśmy niedawno: – Andrzeju, pojechałbyś do Morskiego Oka ?  On: – Zawsze ! ale kto mnie tam zawiezie???  Ja: – Moze takich przyjaciół zanjdę, może ktoś by chciał być tam właśnie z Tobą i posłucha Twoich górskich opowieści… Czekamy, szukam takiego kierowcy, ufam, znajdzie się. Pozwolenie na dojazd do schroniska na pewno ktoś taki, jak Andrzej Wilczkowski, dostanie, legenda polskiego taternictwa,patriotyzmu.

 

Warszawa, 10.03.2017r.